luty
21 2007
podążając drogą życia

Kategorie wpisu: Lipa

Rodzimy się i umieramy, żyjemy i cierpimy.
Zaślepieni obłudą drogi życia nie widzimy.

Matczyne, ze smutku, wciąż krwawi łoże,
Syn co noc wraca o późnej porze.
Ciągła naiwność w jego żyłach płynie,
Rani duszę, każda jej część po kolei ginie.
W jego oczach wypala się wieczność,
Na osłabionych ramionach życia nie udźwignie.
Na jego ustach maluje się niewdzięczność,
A młodzieńczy zapał powoli stygnie.

Trudno mówić o ludziach szczęścia nie znających,
Trudniej spoglądać w lustro, gdy się do nich należy.
Powinniśmy wyciągać rękę do ludzi potrzebujących.
Można im pomóc, jeśli się tylko w to uwierzy.

Każdy człowiek w orkiestrze życia grający
Kiedyś w niewłaściwą strunę uderzy.
Wtedy to on uścisku przyjaciół oczekiwać będzie.
A co, jeśli nigdy go nie odnajdzie?

Co innego posiadać kochającą rodzinę,
Wiedzieć, że w domu zawsze ktoś czeka.
Kto za moje szczęście ponosi winę,
Kto wciąż wypatruje mnie z daleka?
Matka
- jej dłonie silnie pomarszczone
Kładąc kamień na kamieniu na rodziny łonie,
Wtulają mnie mocno w matczyne piersi,
Ukazując codziennie horyzont szerszy.

Serce Matki w cztery strony przedzielone
Cztery strony obcego świata mi ukazuje.
Serce Matki wysoko w górę uniesione
W niezliczonych barwach moją świadomość maluje.
Czerń i biel razem się mieszając,
Życie szarym potrafią uczynić.
Jednak kilku barw do niego dodając,
Cały świat możemy w lepszy zmienić.

Którędy pójdę, wszystko ode mnie zależy,
Ktoś jednak za mnie pierwszy krok postawił,
I za to szacunek mu się należy…

Trackback | RSS dla komentarzy

Pozostaw komentarz